Wpis pierwotnie miał pojawić się wczoraj, jednakże z
nadmiaru najróżniejszych emocji (spowodowanych ostatnim spektaklem), zostałam
zmuszona do przesunięcia tejże publikacji.
***
Ostatnimi czasy umarłam trochę, choć wcale mnie to nie
martwi.
Czytałam kiedyś o ludziach, którzy bardzo silnie i emocjonalnie odbierają stan
pogody, który da się zaobserwować za oknem. Nie oznacza to, że czytają w kółko
nadchodzące prognozy, czy za pomocą prowizorycznych sprzętów zwiastują
nadejście burz i naporów, oj nie. Jakoś tak po prostu daję się ponieść
podmuchom wiatru i – niczym liść w kolorze czerwonym (w zgodzie z wiecznie czerwonymi
wargami) – dryfuję wraz z jesiennymi uniesieniami.
***
Nie wiem, czy was to zaskakuje, ale to kolejna notka z serii
– Oliwka sobie pogada po ładnemu, zredaguje pięć razy i wypuści do internetu z
naklejką „jestem blogerką”. No, wszystko by się zgadzało, gdyby nie fakt, że w
dobie aktualnych zmartwień – nie myślę
o blogu. Prawie wcale. Niemniej jednak mam w zamiarach większy projekt, który mogę wprowadzić dopiero po maturze, bo mimo że się obijam, tłumacząc się ciągłą pracą jak 90% moich rówieśników – nie czuję się na siłach, żeby wkraczać tutaj z czymś nowym, kolosalnym, przerastającym moje siły do pracy i trzymania zdrowej diety zawierającej gluten, a zatem również balansowania między życiem, a śmiercią, bo no kto w dzisiejszych czasach spożywa gluten! (a co dopiero wie, czym tak właściwie jest)
o blogu. Prawie wcale. Niemniej jednak mam w zamiarach większy projekt, który mogę wprowadzić dopiero po maturze, bo mimo że się obijam, tłumacząc się ciągłą pracą jak 90% moich rówieśników – nie czuję się na siłach, żeby wkraczać tutaj z czymś nowym, kolosalnym, przerastającym moje siły do pracy i trzymania zdrowej diety zawierającej gluten, a zatem również balansowania między życiem, a śmiercią, bo no kto w dzisiejszych czasach spożywa gluten! (a co dopiero wie, czym tak właściwie jest)
***
Nasączam rozdygotane od zimna wargi słodyczą herbaty z miodem i imbirem. Jestem
chora z powodu zamiłowania do gadulstwa
o rzeczach ważnych i nieistotnych o godzinie dziewiątej wieczór, kiedy każdy już leży pod kołderką i z trwogą spogląda za okno. Przez to rezygnuję ze spacerów na rzecz spektaklu, który gramy o 18 w Centrum Kultury (jakby ktoś „Niewidzialnych” nie widział, to zapraszam serdecznie na wersję skróconą do 40 minut). Jest to nasz ostatni raz z tym widowiskiem i muszę przyznać, że kiedy patrzę na zaproszenie - łapie mnie jakiś ból istnienia, no Weltschmerz jak u Schopenhauera, na który nirwana nie zadziała w żadnym wypadku.
o rzeczach ważnych i nieistotnych o godzinie dziewiątej wieczór, kiedy każdy już leży pod kołderką i z trwogą spogląda za okno. Przez to rezygnuję ze spacerów na rzecz spektaklu, który gramy o 18 w Centrum Kultury (jakby ktoś „Niewidzialnych” nie widział, to zapraszam serdecznie na wersję skróconą do 40 minut). Jest to nasz ostatni raz z tym widowiskiem i muszę przyznać, że kiedy patrzę na zaproszenie - łapie mnie jakiś ból istnienia, no Weltschmerz jak u Schopenhauera, na który nirwana nie zadziała w żadnym wypadku.
Nadchodzi listopad - „jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy
roku”, jak to pisał Tuwim, „zbiór poniedziałków z całego roku”, „budzący
ostatnie podrygi słońca w każdym z nas”. Jednakże, ma też w sobie „coś z
romantycznego kochanka, rozbierając zmysłowo drzewa” – jak czytam na
przeróżnych stronach. Cytaty niczego sobie. I właśnie nadejście tego spektaklu,
który odbędzie się ostatniego dnia października, uświadamia mi, jak wiele
rzeczy w moim życiu dobiega końca.
Ostatni raz z debiutowym spektaklem, ostatnia już w ogóle
edycja teatralna zaplanowana na marzec, ostatni rok w tym cudownym pokoju, ostatni
rok w szkole, która przez sześć lat zdążyła stać się drugim domem. Narzekałam
na nią nie raz i nie sto razy, zostawałam w domu, bo miałam jej po uszy,
nauczycieli na zmianę wielbiłam i rzucałam strzałkami w tarczę (z tym ostatnim
to wymyślam, ale zabawnie byłoby kiedyś stworzyć taką tarczę, pewnie
umieściłabym na niej Serafina Pęzioła za jego prostactwo). Teraz z sentymentem
spoglądam na każdy znany mi kąt, wystające skrzynki w wypadku pożarów (o które
to podczas wstawania zahaczałam tak często, że przez pierwszy okres szkoły moje
plecy przypominały grzbiet ascety, który z zamiłowaniem biczuje się 3 razy
dziennie), z miłością patrzę na nauczycieli czy personel, zatrzymujący mnie na
korytarzu, żeby porozmawiać. No i teraz zacznie się gorzka tyrada.
Żal mi, kiedy widzę, jak współcześni gimnazjaliści siedzą z nosem w telefonach
i tworzą rzędy robotów gotowych do wykonywania zadań według ustalonych
schematów. Ach, nienawidzę schematów, a szkopuł tkwi w tym, że otaczają nas
gęściej, niż grypa w okresie zachorowań, niech to szlag! Pamiętam doskonale
starszych kolegów z liceum, to były roczniki starsze tak od 3 do 5 lat, byłam
jeszcze mróweczką, która dopiero tę szkołę poznawała. Wielu z ich, bo oczywista
rzecz, że nie wszyscy – wyróżniało się czymś, było wykrzyknikami korytarza. Nie
mówię o krzykliwych ubraniach, czy zachowaniu divy. Miało w sobie jakiś
nieodparty urok, szelmowski uśmiech, błysk w oczach, ambicję do produkowania
sukcesów. Przerwy zlatywały im w grupowych rozmowach, powtórkach do lekcji, czy
czytaniu książek. Mało który trzymał w ręku telefon, wiedząc, że znajomy z
którym pisze, chodzi do tej samej szkoły. Pięknie deklamowali wiersze,
wzruszały ich błyskotliwe teksty, byli utalentowanymi muzykami, gotowymi do
poświęceń aktorami i świetnymi sportowcami. Tacy ludzie nadal istnieją wśród
nas, ale odnoszę wrażenie, że jest ich coraz mniej, a jak już ktoś się
wyróżnia, to zostaje wytykany palcami, zazwyczaj tak się dzieje. Dlaczego tak
jest? Zastanawiam się, zastanawiam… I chyba nie chcę zdawać sobie z tego
sprawy, i czuję, że ta kwestia również gdzieś się rozpłynęła. Dlaczego bycie
wyjątkowym jest powodem do linczu
i wstydu?
i wstydu?
Jestem antyfanką generalizowania i szufladkowania wielu
spraw, bo podobno „nic nie jest czarno-białe, z wyjątkiem pingwinów
i jaskółek”. W głębi duszy naprawdę czuję, że coś zniknęło na zawsze, ale nie można wiecznie narzekać na czas, który dawno przeminął
i naturalnie – przemijać będzie. „Zawsze będziemy mieli Paryż”, jak to powiedział Rick do Ilsy w „Casablance”, ale skoro żyjemy teraz, to zawsze możemy współtworzyć tę lepszą rzeczywistość. Dlatego też stwierdziłam, że czas się zmobilizować i zaczęłam gromadzić wiele rzeczy (a raczej zadań i projektów), które powoli zaczynam realizować, a radość, wynikająca z zaangażowania twórczego jest nieopisywalna! [Jeśli efekty moich uniesień artystycznych będą wyglądać jako tako – podzielę się nimi na blogu, ale nic nie obiecuję, bo mimo wielkich starań – nie wszyscy jesteśmy drugim Van Goghiem, czy Bachem, (a szkoda)].
i jaskółek”. W głębi duszy naprawdę czuję, że coś zniknęło na zawsze, ale nie można wiecznie narzekać na czas, który dawno przeminął
i naturalnie – przemijać będzie. „Zawsze będziemy mieli Paryż”, jak to powiedział Rick do Ilsy w „Casablance”, ale skoro żyjemy teraz, to zawsze możemy współtworzyć tę lepszą rzeczywistość. Dlatego też stwierdziłam, że czas się zmobilizować i zaczęłam gromadzić wiele rzeczy (a raczej zadań i projektów), które powoli zaczynam realizować, a radość, wynikająca z zaangażowania twórczego jest nieopisywalna! [Jeśli efekty moich uniesień artystycznych będą wyglądać jako tako – podzielę się nimi na blogu, ale nic nie obiecuję, bo mimo wielkich starań – nie wszyscy jesteśmy drugim Van Goghiem, czy Bachem, (a szkoda)].
***
Listopad miażdży nas niczym Czarna Mamba członków Plutonu
Śmiercionośnych Żmij w „Kill Billu”, Leon Zawodowiec swoje ofiary na zlecenie,
czy Frank Underwood w wykluczaniu rywali z gry politycznej w „House of cards”
(które za późno zaczęłam oglądać, ale na najlepsze rzeczy długo się czeka,
podobnie jak na obejrzenie drugiego sezonu „Breaking Bad”). Wysysa życie jak
dementor
i sprawia, że jedyne czego chcemy, to położyć się i zasnąć, niczym niedźwiadek. Czas na anegdotkę!
i sprawia, że jedyne czego chcemy, to położyć się i zasnąć, niczym niedźwiadek. Czas na anegdotkę!
Stwierdzam, że obserwowanie ludzi od zawsze było świetną sprawą. Ostatnio,
wracając ze szkoły, pogrążona w kompletnej ciszy, przyglądałam się ludziom,
których mijałam w drodze do domu. Moim oczom ukazało się dziecko, które
przytulone do liścia, bardzo pragnęło zagłębiać się w tajemnice jesieni,
kasztanów i iglaków, jednakże rodzice nie mieli już czasu. Dziecko zaczęło
chaotycznie tupać, po czym położyło się na bruku, niczym żołnierz w okopach i
zaczęło zanosić się spazmatycznym płaczem. Stwierdzam, że większość z nas
reaguje podobnie na jesień, ale nie można tak po prostu zawinąć się w kulkę i
czekać, aż cały świat szlag trafi (chociaż fantastycznie by to musiało
wyglądać…). Trzeba opracować strategię na tę wyrachowaną i zmienną porę roku!
O zakładaniu FAJNYCH, GRUBAŚNYCH sweterków, robieniu KAKAŁKA czy oglądaniu
BABSKICH filmów zapewne poczytacie na blogach typowych Tumblr girl, więc ja nie
będę się tym trudzić. Chociaż kakao jest niezłe, ale w niczym nie prześcignie
królowej, którą jest kawa. Zatem… Co na jesień poleca niezawodna, czynno –
bierna blogerka JestemOliwka?
(Używanie zwrotu „fajny” okropnie zubaża język polski, już nawet „klawy” brzmi
lepiej)
Uzbroić się w dystans i tolerancję do świata, bo jesienią
każdemu jest psychicznie trudniej. Wyparcelować trochę czasu i robić coś,
o czym zapewne nie było mowy od podstawówki. Bawić się. Ja bawię się, czytając „Madame” Antoniego Libery po kilka razy rozdział, która jest tak fantastyczna, że mimo 50 na 390 stron ślepo stwierdzam „Będzie w top 5”. Planuję coś stworzyć, potem to spotworzyć
i spoczwarkować (jakie ja dzisiaj tworzę słowa, to przez Leśmiana!), żeby mi wykwitło piękne na grudzień (listopad to gleba kamienista dla sztuki, chociaż może okazać się jakimś czarnoziemem, życie lubi zaskakiwać) i zagospodarować trochę czasu dla treningu mózgu. Tak mi się marzą w końcu te szachy lub brydż, a w najgorszym wypadku zabiorę się za politykę, bo co? Trzeba dorosnąć kiedyś.
o czym zapewne nie było mowy od podstawówki. Bawić się. Ja bawię się, czytając „Madame” Antoniego Libery po kilka razy rozdział, która jest tak fantastyczna, że mimo 50 na 390 stron ślepo stwierdzam „Będzie w top 5”. Planuję coś stworzyć, potem to spotworzyć
i spoczwarkować (jakie ja dzisiaj tworzę słowa, to przez Leśmiana!), żeby mi wykwitło piękne na grudzień (listopad to gleba kamienista dla sztuki, chociaż może okazać się jakimś czarnoziemem, życie lubi zaskakiwać) i zagospodarować trochę czasu dla treningu mózgu. Tak mi się marzą w końcu te szachy lub brydż, a w najgorszym wypadku zabiorę się za politykę, bo co? Trzeba dorosnąć kiedyś.
***
W związku z dzisiejszym dniem zachęcam do zatrzymania się w czasie i odpoczynku
od obowiązków, które spadają na nas, niczym deszcz z cumulonimbusów.
***
Wielbicielka wtrącania nawiasów, jeszcze się trzymająca. Polecam
każdy tytuł, który przewinął się przez ten chaotyczny natłok myśli, dziękuję za
cierpliwość do mnie (tym, którzy dotrwali do końca). Niczego nie obiecuję i ściskam
gorąco.
O.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz