#20 Chaos



Wpis pierwotnie miał pojawić się wczoraj, jednakże z nadmiaru najróżniejszych emocji (spowodowanych ostatnim spektaklem), zostałam zmuszona do przesunięcia tejże publikacji.

***

Autorstwa własnego. Co prawda amatorskie umiejętności, ale starałam się oddać uczucie głębi, bo czuję się, jakby strzała nostalgii przeszyła mnie na wskroś. Dobra, już kończę, przecież to tylko podpis do zdjęcia...


Ostatnimi czasy umarłam trochę, choć wcale mnie to nie martwi. 

Czytałam kiedyś o ludziach, którzy bardzo silnie i emocjonalnie odbierają stan pogody, który da się zaobserwować za oknem. Nie oznacza to, że czytają w kółko nadchodzące prognozy, czy za pomocą prowizorycznych sprzętów zwiastują nadejście burz i naporów, oj nie. Jakoś tak po prostu daję się ponieść podmuchom wiatru i – niczym liść w kolorze czerwonym (w zgodzie z wiecznie czerwonymi wargami) – dryfuję wraz z jesiennymi uniesieniami. 


***

Nie wiem, czy was to zaskakuje, ale to kolejna notka z serii – Oliwka sobie pogada po ładnemu, zredaguje pięć razy i wypuści do internetu z naklejką „jestem blogerką”. No, wszystko by się zgadzało, gdyby nie fakt, że w dobie aktualnych zmartwień – nie myślę
o blogu. Prawie wcale. Niemniej jednak mam w zamiarach większy projekt, który mogę wprowadzić dopiero po maturze, bo mimo że się obijam, tłumacząc się ciągłą pracą jak 90% moich rówieśników – nie czuję się na siłach, żeby wkraczać tutaj z czymś nowym, kolosalnym, przerastającym moje siły do pracy i trzymania zdrowej diety zawierającej gluten, a zatem również balansowania między życiem, a śmiercią, bo no kto w dzisiejszych czasach spożywa gluten! (a co dopiero wie, czym tak właściwie jest)



***

Nasączam rozdygotane od zimna wargi słodyczą herbaty z miodem i imbirem. Jestem chora z powodu zamiłowania do gadulstwa
o rzeczach ważnych i nieistotnych o godzinie dziewiątej wieczór, kiedy każdy już leży pod kołderką i z trwogą spogląda za okno. Przez to rezygnuję ze spacerów na rzecz spektaklu, który gramy o 18 w Centrum Kultury (jakby ktoś „Niewidzialnych” nie widział, to zapraszam serdecznie na wersję skróconą do 40 minut). Jest to nasz ostatni raz z tym widowiskiem i muszę przyznać, że kiedy patrzę na zaproszenie - łapie mnie jakiś ból istnienia, no Weltschmerz jak u Schopenhauera, na który nirwana nie zadziała w żadnym wypadku.


Nadchodzi listopad - „jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku”, jak to pisał Tuwim, „zbiór poniedziałków z całego roku”, „budzący ostatnie podrygi słońca w każdym z nas”. Jednakże, ma też w sobie „coś z romantycznego kochanka, rozbierając zmysłowo drzewa” – jak czytam na przeróżnych stronach. Cytaty niczego sobie. I właśnie nadejście tego spektaklu, który odbędzie się ostatniego dnia października, uświadamia mi, jak wiele rzeczy w moim życiu dobiega końca.
Ostatni raz z debiutowym spektaklem, ostatnia już w ogóle edycja teatralna zaplanowana na marzec, ostatni rok w tym cudownym pokoju, ostatni rok w szkole, która przez sześć lat zdążyła stać się drugim domem. Narzekałam na nią nie raz i nie sto razy, zostawałam w domu, bo miałam jej po uszy, nauczycieli na zmianę wielbiłam i rzucałam strzałkami w tarczę (z tym ostatnim to wymyślam, ale zabawnie byłoby kiedyś stworzyć taką tarczę, pewnie umieściłabym na niej Serafina Pęzioła za jego prostactwo). Teraz z sentymentem spoglądam na każdy znany mi kąt, wystające skrzynki w wypadku pożarów (o które to podczas wstawania zahaczałam tak często, że przez pierwszy okres szkoły moje plecy przypominały grzbiet ascety, który z zamiłowaniem biczuje się 3 razy dziennie), z miłością patrzę na nauczycieli czy personel, zatrzymujący mnie na korytarzu, żeby porozmawiać. No i teraz zacznie się gorzka tyrada. 



Żal mi, kiedy widzę, jak współcześni gimnazjaliści siedzą z nosem w telefonach i tworzą rzędy robotów gotowych do wykonywania zadań według ustalonych schematów. Ach, nienawidzę schematów, a szkopuł tkwi w tym, że otaczają nas gęściej, niż grypa w okresie zachorowań, niech to szlag! Pamiętam doskonale starszych kolegów z liceum, to były roczniki starsze tak od 3 do 5 lat, byłam jeszcze mróweczką, która dopiero tę szkołę poznawała. Wielu z ich, bo oczywista rzecz, że nie wszyscy – wyróżniało się czymś, było wykrzyknikami korytarza. Nie mówię o krzykliwych ubraniach, czy zachowaniu divy. Miało w sobie jakiś nieodparty urok, szelmowski uśmiech, błysk w oczach, ambicję do produkowania sukcesów. Przerwy zlatywały im w grupowych rozmowach, powtórkach do lekcji, czy czytaniu książek. Mało który trzymał w ręku telefon, wiedząc, że znajomy z którym pisze, chodzi do tej samej szkoły. Pięknie deklamowali wiersze, wzruszały ich błyskotliwe teksty, byli utalentowanymi muzykami, gotowymi do poświęceń aktorami i świetnymi sportowcami. Tacy ludzie nadal istnieją wśród nas, ale odnoszę wrażenie, że jest ich coraz mniej, a jak już ktoś się wyróżnia, to zostaje wytykany palcami, zazwyczaj tak się dzieje. Dlaczego tak jest? Zastanawiam się, zastanawiam… I chyba nie chcę zdawać sobie z tego sprawy, i czuję, że ta kwestia również gdzieś się rozpłynęła. Dlaczego bycie wyjątkowym jest powodem do linczu
i wstydu?
Jestem antyfanką generalizowania i szufladkowania wielu spraw, bo podobno „nic nie jest czarno-białe, z wyjątkiem pingwinów
i jaskółek”. W głębi duszy naprawdę czuję, że coś zniknęło na zawsze, ale nie można wiecznie narzekać na czas, który dawno przeminął
i naturalnie – przemijać będzie. „Zawsze będziemy mieli Paryż”, jak to powiedział Rick do Ilsy w „Casablance”, ale skoro żyjemy teraz, to zawsze możemy współtworzyć tę lepszą rzeczywistość. Dlatego też stwierdziłam, że czas się zmobilizować i zaczęłam gromadzić wiele rzeczy (a raczej zadań i projektów), które powoli zaczynam realizować, a radość, wynikająca z zaangażowania twórczego jest nieopisywalna! [Jeśli efekty moich uniesień artystycznych będą wyglądać jako tako – podzielę się nimi na blogu, ale nic nie obiecuję, bo mimo wielkich starań – nie wszyscy jesteśmy drugim Van Goghiem, czy Bachem, (a szkoda)]. 



***


Listopad miażdży nas niczym Czarna Mamba członków Plutonu Śmiercionośnych Żmij w „Kill Billu”, Leon Zawodowiec swoje ofiary na zlecenie, czy Frank Underwood w wykluczaniu rywali z gry politycznej w „House of cards” (które za późno zaczęłam oglądać, ale na najlepsze rzeczy długo się czeka, podobnie jak na obejrzenie drugiego sezonu „Breaking Bad”). Wysysa życie jak dementor
i sprawia, że jedyne czego chcemy, to położyć się i zasnąć, niczym niedźwiadek. Czas na anegdotkę! 



Stwierdzam, że obserwowanie ludzi od zawsze było świetną sprawą. Ostatnio, wracając ze szkoły, pogrążona w kompletnej ciszy, przyglądałam się ludziom, których mijałam w drodze do domu. Moim oczom ukazało się dziecko, które przytulone do liścia, bardzo pragnęło zagłębiać się w tajemnice jesieni, kasztanów i iglaków, jednakże rodzice nie mieli już czasu. Dziecko zaczęło chaotycznie tupać, po czym położyło się na bruku, niczym żołnierz w okopach i zaczęło zanosić się spazmatycznym płaczem. Stwierdzam, że większość z nas reaguje podobnie na jesień, ale nie można tak po prostu zawinąć się w kulkę i czekać, aż cały świat szlag trafi (chociaż fantastycznie by to musiało wyglądać…). Trzeba opracować strategię na tę wyrachowaną i zmienną porę roku!

O zakładaniu FAJNYCH, GRUBAŚNYCH sweterków, robieniu KAKAŁKA czy oglądaniu BABSKICH filmów zapewne poczytacie na blogach typowych Tumblr girl, więc ja nie będę się tym trudzić. Chociaż kakao jest niezłe, ale w niczym nie prześcignie królowej, którą jest kawa. Zatem… Co na jesień poleca niezawodna, czynno – bierna blogerka JestemOliwka?

(Używanie zwrotu „fajny” okropnie zubaża język polski, już nawet „klawy” brzmi lepiej)

Uzbroić się w dystans i tolerancję do świata, bo jesienią każdemu jest psychicznie trudniej. Wyparcelować trochę czasu i robić coś,
o czym zapewne nie było mowy od podstawówki. Bawić się. Ja bawię się, czytając „Madame” Antoniego Libery po kilka razy rozdział, która jest tak fantastyczna, że mimo 50 na 390 stron ślepo stwierdzam „Będzie w top 5”. Planuję coś stworzyć, potem to spotworzyć
i spoczwarkować (jakie ja dzisiaj tworzę słowa, to przez Leśmiana!), żeby mi wykwitło piękne na grudzień (listopad to gleba kamienista dla sztuki, chociaż może okazać się jakimś czarnoziemem, życie lubi zaskakiwać) i zagospodarować trochę czasu dla treningu mózgu. Tak mi się marzą w końcu te szachy lub brydż, a w najgorszym wypadku zabiorę się za politykę, bo co? Trzeba dorosnąć kiedyś. 



***

W związku z dzisiejszym dniem zachęcam do zatrzymania się w czasie i odpoczynku od obowiązków, które spadają na nas, niczym deszcz z cumulonimbusów. 

***




Wielbicielka wtrącania nawiasów, jeszcze się trzymająca. Polecam każdy tytuł, który przewinął się przez ten chaotyczny natłok myśli, dziękuję za cierpliwość do mnie (tym, którzy dotrwali do końca). Niczego nie obiecuję i ściskam gorąco.
O.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz