Przyjmijcie moje najszczersze przeprosiny, nie miałam możliwości opublikować obiecanej drugiej części motywującego wpisu. Przy odrobinie szczęścia pojawi się w niedzielę, a tymczasem...
Z racji, że dziś moje imię obchodzi święto, a stanowi ono nazwę bloga, którego z tak wielkim zamiłowaniem lub skupieniem (żeby wychwycić każdy błąd i wytknąć mi moją głupotę) czytacie, chciałabym oddać się chwili relaksu i miło powspominać jego i swoje pisarskie dzieje. Zapraszam.
Prawdę mówiąc, czuję się dość nieswojo. Od dawna nie miały miejsca na blogu prywatne wyznania, jednak kilka razy w roku warto wczuć się w rolę wielkiej gwiazdy, siedzącej wygodnie na drogim fotelu sygnowanym na oparciu moim imieniem i nazwiskiem z diamentów, i wczuć się w egzystencjalną opowieść o młodej pisarce imieniem Oliwia, której wielkim marzeniem było zostawić po sobie niezacieralny ślad w postaci mądrych i poruszających słów.
Urodziłam się pierwszego dnia szkoły o godzinie 12:25 w roku 1998. Z tego, co słyszałam, dość szybko zaczęłam mówić. Już w wieku 4 lat rozpoczęłam naukę czytania, co zapoczątkowało samodzielne przeczytanie słowa PUMA na koszulce mojego taty, fantastyczne, co? Rok później potrafiłam już czytać w równych odstępach czasu, jednak nadal powoli, czego chyba nie muszę niczym tłumaczyć, byłam dzieckiem. Mając 6 lat zaczęłam tworzyć własne komiksy i mini książeczki, a także rozpowiadać koleżankom mojej mamy (nie przepadałam za dziećmi w moim wieku), że na pewno będę kimś wielkim. Cóż za słodkie i skromne dziecko! Od zawsze charakteryzowały mnie wielkie ambicje, sprawne dłonie do różnych robótek ręcznych, a także głowa wypełniona pomysłami, które wylewały się uszami, nosem i oczami (o wadach wspominać nie będę). W szkole podstawowej angażowałam się w różne apele i spektakle, a także brałam czynny udział w konkursach ortograficznych, recytatorskich i oratorskich, gdzie zawsze kończyło się wyróżnieniem lub którymś z miejsc. Oczywiście nie obyło się bez wielkich pomyłek jak BIÓRKO czy TYTÓŁ, które wyglądały dla mnie wręcz ślicznie i do gimnazjum potrafiłam złapać się na błędnej pisowni tych wyrazów. Z resztą nie miałam problemów, ponieważ w moim domu książka zawsze była na ołtarzu. Czytali dziadkowie z obu stron, rodzice, a także i ja. Zawsze uwielbiałam uciekać do świata liter, skąd przenosiłam się do najróżniejszych miejsc i bywałam najciekawszymi postaciami. Kiedyś moją uwagę zwrócił cytat:
"Czytanie to marzenie z otwartymi oczami."
W bodajże szóstej klasie zaczęłam eksperymentować ze słowem. Stworzyłam niebywale tandetnego bloga z milionem słodkich obrazków i czcionką, która zmieniała kolor co akapit, gdzie umieszczałam wpisy w formie pamiętnika. Nigdy nie zapomnę sloganu: "Marzenia, Blog, Nutella :P", podpisywania się jako: Zaczarowana, dodawania głupich opisów i przekoloryzowanych zdjęć. Takich rzeczy nigdy się nie zapomina. Zaczarowany świat pełen marzeń to blog Oliwki optymistki założony w 2011 roku. Pod wieloma względami nadal się nie zmieniłam, wtedy też na początku każdej notki przepraszałam za nieobecność. Oliwka, na serio? Nie czuję zawodu, brzmiałam inteligentniej, niż co po niektóre gimnazjalistki z mojej szkoły.
Potem, jak wiecie sami, zaczęłam wspaniałą karierę na photoblogu z pseudonimem artystycznym Józefina Sztompke (może wrócę do czegoś równie ciekawego) i tak właśnie rozpoczęło się coś nieco poważniejszego, choć przyznam, to było żałośniejsze, niż wpisy w wieku podstawówki. Pierwsze notki przesiąknięte spolszczeniami angielskich wyrazów, emotikonami i słowami typowymi dla dziecka bestów, jak zwykłam określać zbyt emocjonalne, niekoniecznie błyskotliwe nastolatki. Zauważyłam też, że im bliżej było końca mojej działalności na portalu, tym więcej mądrych słów zaczęło się tam pojawiać. Następnie miało miejsce narodzenie się kilku blogów, aż w końcu... znalazłam się tu.
Dlaczego to robię? Jaki wiążę z tym cel? Jak wpadam na to wszystko?
Pisanie jest dla mnie czymś więcej, niż stopniowym wyczerpywaniem ołówka lub uderzaniem w klawiaturę. Pisanie ma dla mnie wymiar terapii. Niektórzy zajmują się sztukami walki, niektórzy pojawiają się na spotkaniach z psychiatrą, ja natomiast chwytam za ołówek miękki B4 lub B6 i rozpoczynam swoje opowiadanie. Przypomniało mi to motyw z Harrego Pottera, kiedy Dumbledore korzystał z myślodsiewni. Żeby odczytać myśli wystarczy wypowiedzieć zaklęcie, przyłożyć różdżkę do skroni, a następnie taką niteczkę umieścić w naczyniu. Dla mnie słowa są rodzajem myślodsiewni. Wtedy wyraźnie widzę, co jest na rzeczy. Czy mam depresję, zakochałam się, czy ma miejsce konflikt uczuć, czy potrzebuję kawy. Czasami przypomina to awangardowy wiersz z tych, które pisze Miron Białoszewski i odbiorca nie ma kompletnie pojęcia o czym mowa w kolejnych pojedynczych słowach. Najważniejsze jest to, że my - pisarze, absolutnie znamy konieczność występowania tam każdego ze słów i oczywiście - kochamy to robić.
Życie nakładało na moje egzystencjalne okulary wiele filtrów, kolorów i perspektyw. Chciałam być fryzjerką, projektantką mody, piosenkarką, zajmować się fizyką, a także być lekarzem. Dopiero w trzeciej klasie gimnazjum uświadomiłam sobie, jak beznadziejna jest chemia. Powiedziałam: nie pójdziesz tam (biochem lub biolchem), bo nienawidzisz robić czegoś wbrew sobie. To był najbardziej przełomowy dzień w tym wszystkim, bo wiecie co wtedy miało miejsce? Uświadomiłam sobie, że od samego początku moim celem i powołaniem było pisanie.
Jeśli chcesz pisać, musisz mieć twardy tyłek, żeby być przygotowanym na lądowanie w każdym terenie. Rozumiesz, o czym mówię. Wiele razy zastanawiałam się, czy to naprawdę ma sens. Tak często słyszę: Każdy wybiera przedmioty humanistyczne. Dziennikarstwo? Filologia? Kpisz sobie ze mnie. Używasz sztucznych i wysublimowanych słów, których nikt nie trawi, bo nastolatkowie lubią, jak mówi się do nich prostym językiem. Kreujesz wielką inteligentkę, którą nie jesteś. Pisarka? Zabawne. Nikt nie traci obecnie czasu na organizowanie wieczorków poetyckich i z pewnością nikt nie zwróci uwagi na twoją pracę konkursową. Będziesz zarabiać tak dużo, że starczy ci jedynie na opłacenie rachunków i kilka bananów. Co z tego? Już postanowiłam. Nie ma tu miejsca na strach i obawy. Postanawiam, próbuję, obieram cel, czytam, myślę, obserwuję świat, piję kawę, modlę się, poznaję ludzi, oglądam filmy, słucham muzyki i po prostu żyję. To wszystko, co mnie napędza. Świat, który mnie otacza. Czasami nawet otyły chłopak, który jest nieakceptowany i właśnie w momencie, kiedy go mijam, słyszy niemiłe słowa w jego kierunku, puste dziewczyny bijące się o miejsce przed lustrem w szkolnej toalecie, nauczyciele rozmawiający o tym, jak spędzili weekend, starsza pani, bezdomny, dzieci w poczekalni u lekarza, moi czytelnicy.
Uwielbiam to robić, nawet jeśli potem żałuję swoich słów lub mój światopogląd ulega niewyobrażalnej zmianie.
Uwielbiam to robić, nawet jeśli intryguje to drobną garstkę ludzi.
Uwielbiam to robić, nawet jeśli dostaję milion krytycznych uwag i obraźliwych słów wysłanych pod moim adresem.
Każdy z was jest moim powodem, aby ciągnąć to dalej. Nawet jeśli wasza liczba nie osiąga kilku tysięcy, lub ledwo przekracza dwieście wyświetleń. Każdy, który powie dobre lub złe słowo, wiem, że po prostu jesteście. To nie przypomina niczym prywatnego bloga, który widzę tylko ja i przypadkowi użytkownicy, którzy w poszukiwaniu czegoś innego natrafili na moje wypociny. Piszę dla siebie, dla każdego z was i oboje czerpiemy z tego korzyści. Pragnę kolejny raz podziękować wam za to, że po prostu wchodzicie w ten link, który udostępniam na swojej tablicy lub asku. Częściowo spełniacie marzenie nastoletniej dziewczyny marzącej o pisaniu.
Każda krytyka wzmacnia.
Każda pochwała motywuje.
Każda opinia ma wartość.
Czuję się spełniona mogąc sporządzać tę mapę myśli i wyznaczając nowe ścieżki do przebrnięcia dla was. Dziękuję.
O.



Super! Bardzo ładnie piszesz :)
OdpowiedzUsuń